Frankenstein Children – „Patience” / premiera 12.04.2019

Tytuł płyty jest dość wymowny - szczególnie dla chłopaków z zespołu, którzy doskonale wiedzą ile czasu kosztowało ich nagranie i wydanie tego materiału, ale również dla mnie jako długoletniej fanki zespołu. Mam to szczęście, że znam chłopaków już kilka lat i traktuję ich trochę jak młodszych braci, których nigdy nie miałam. Z niecierpliwością czekałam więc na tę płytę jako słuchacz, ale też dopingowałam jako "dobry duszek" zespołu.


Dla mniej wtajemniczonych na początek garść informacji. Zespół powstał w 2011 roku kiedy Szymon, Wojtek i Daniel byli jeszcze w liceum. Myślę, że nie obrażą się jeśli nazwę ich lokalnymi patriotami, bowiem nazwa zespołu nawiązuje do dawnej nazwy Ząbkowic Śląskich, z których pochodzą, a w każdym medialnym wystąpieniu z dumą mówią o swoich korzeniach. Chociaż ze względu na to, że na stałe mieszkają i pracują we Wrocławiu mogą być klasyfikowani również jako zespół wrocławski.

Już sama okładka, której autorem jest Konrad Karolczyk, potrafi zachwycić. Jeśli można namalować muzykę to myślę, że ten obraz doskonale oddaje nowe dźwięki jakich dostarczają Frankenstein Children. Na krążku znajduje się jedenaście kompozycji, w relacji trzy do ośmiu z przewagą utworów w języku angielskim. Jednak zapewniam, że w obu językach wszystko brzmi świetnie. Dla mnie faworytem jest „Better start”, głównie ze względu na warstwę liryczną, ale też powoli rozwijającą się kompozycję, która pozwala na stopniowe przyswojenie melodii i usłyszenie kolejnych warstw dźwiękowych. Jestem też pozytywnie zaskoczona „Drift in”, „Cool” i „Wheel” , bo pamiętam je doskonale z wcześniejszych koncertowych wykonań. Aktualne aranżacje tych piosenek pokazuję ogromny postęp w twórczości chłopaków. Na uwagę zasługuje też singlowy „Oddech” – za produkcję muzyczną w tym przypadku odpowiada Radek. Utwór ten spokojnie wprowadza nas w klimat odległych krain i „nie odkrytych jeszcze miejsc serca”. Zdecydowanie jest w nim coś magicznego i idealnie sprawdza się w roli wizytówki płyty i zapowiedzi nowego brzmienia zespołu.

Nowa płyta niewątpliwie jest dojrzalsza, nic dziwnego w końcu chłopaki mimo nadal młodego wieku, zdążyli nieco wydorośleć i grają już ze sobą 8 lat! W nowym materiale jest dużo przestrzeni i głębi. Słychać, że utwory są dopracowane, na pewno duże zasługi ma w tej kwestii Marcin Pater odpowiedzialny za miksy i produkcję płyty. Gatunkowo nowe utwory balansują na granicy alternatywnego rocka i elektroniki. Źródła zmian stylistycznych można upatrywać w dołączeniu do składu Radka, który oficjalnie zmienił status zespołu z trio na kwartet latem 2017, kiedy stał się czwartym ogniwem Frankenstein Children.

Płyta jest dość spokojna, mogłabym nawet rzecz, że nieco senna, ale nie dajcie się zwieść! Po pierwsze to jej zaleta, bo chwila wytchnienia i wyciszenia podczas słuchania takiej płyty przyda się przecież każdemu, prawda? A po drugie ten chilloutowy klimat "przyjmie się" zarówno w ciepłe letnie wieczory, jak i w jesienne chłodne popołudnia, kiedy z kubkiem herbaty siedzimy w domu owinięci w ciepły koc. Ponadto jako stała bywalczyni na koncertach chłopaków (w nowym i w starym składzie), zapewniam, że w tych momentach na płycie kiedy myślicie sobie "o, tutaj mogliby mocniej zagrać!", na koncertach na żywo zagrają mocnej!

Debiutancki album z grudnia 2016 "I'm Here Somewhere" był mocniejszy to fakt, ale członkowie zespoły też byli inni. Wtedy było to bardziej brudne, garażowe granie, ale chwała im za to! Tak miało być, a co najważniejsze było to dobre i autentyczne. Patrząc na setlistę tamtej płyty nadal w głowie słyszę refreny i riffy z utworów "Dislove", "Blue Sky" czy "Still&  Free" (i liczę, że nadal będą pojawiać się na koncertach!). Równocześnie bardzo się cieszę, że zespół świadomie zmienił trochę kurs i stylistykę, nie zatracając w tym procesie jakiejś nieuchwytnej cechy, która nadal ich wyróżnia. Charakterystyczny głos Szymona, który pewnie niektórzy nazwą manierą, dla mnie jest dużym plusem i czymś dzięki czemu od razu można rozpoznać, że jest to utwór Frankenstein Children. Ale sam wokal "nie zrobiłby roboty" bez spójnej melodii, jaką kiedyś tworzyła dwójka a teraz trójka pozostałych chłopaków z zespołu. Jest coś przyciągającego i intrygującego w muzyce, którą tworzą, choć nie potrafię tego nazwać. Z perspektywy laika mogę tylko stwierdzić, że w zespole panuje dobra energia, która na koncertach kumuluje się i ze zdwojoną siłą jest przekazywana publice. Kiedyś po ich koncercie stwierdziłam, że przebywanie w ich towarzystwie, słuchanie ich muzyki i uczestniczenie w ich koncertach działa terapeutycznie. Podtrzymuję tę opinię!

Zachęcam, abyście wyruszyli z nimi w tę nową podróż muzyczną i zatopili się w kojące dźwięki zapisane na płycie CD a potem zweryfikowali materiał podczas koncertu na żywo. Zapewniam, że warto!

Tytuł: Patience
Autor: Frankenstein Children
Wydanie: 2019, Agora S.A.

Skład:
Szymon Paczkowski – wokal, gitara basowa
Wojtek Opioła – gitara, wokal
Daniel Moskal – perkusja, wokal
Radek Baranowski – klawisze, wokal, gitara



Nie ma fal, ale jest radość w najczystszej postaci!

Na przestrzeni pół roku dwa razy byłam na koncercie tego samego artysty! Dlaczego? I czy było warto? Odpowiedź poniżej.

PODSIADŁO I (listopad 2018,Wrocław)
Czasem sobie myślę, że moje życie dzieje się od koncertu do koncertu, albo od premiery nowej płyty lubianego przeze mnie artysty lub zespołu do następnego muzycznego wydarzenia. Oczywiście, czasem jest tak, że długo czekam na nowy materiał (w skrajnych przypadkach mam nawet zapamiętaną datę premiery lub zapisane info w kalendarzu) a gdy przychodzi ten dzień to po prostu nie jest ten dzień – dopada mnie rzeczywistość, zmęczenie, brak chęci i energii – każdy tak czasem ma. No i ta nowa płyta tak sobie czeka na odsłuchanie przeze mnie, w tym samym czasie bombardują mnie zewsząd opinie i komentarze ludzi, którzy nie "wymiękli" jak ja i odsłuchali nowe wydawnictwo od razu gdy było to możliwe. I wtem, pewnego wieczoru po powrocie z pracy zaczynam słuchać płyty – a moja pierwsza myśl to "WARTO BYŁO CZEKAĆ" (wykrzyczana w mojej głowie).

Ostatnio taka sytuacja miała miejsce przy premierze płyty "Małomiasteczkowy" (19/10/2018), mojego kolegi z windy Dawida Podsiadło. Już tłumaczę o co chodzi z tą windą. Mianowicie pracowałam w firmie, której Dawid Podsiadło udzielił swojego wizerunku i głosu w kampanii reklamowej; i tak się składa, że przez jakieś pół roku jeździłam z nim codziennie windą do pracy, ponadto witał mnie uśmiechem z baneru, który stał na parterze. Baner nadal tam stoi, natomiast w windzie jest już jakaś insza reklama dotycząca korzystnego leasingu samochodowego, z obcymi, co prawda uśmiechniętymi ludźmi, ale to już nie to samo, co znany i lubiany Dawid!

Dobra, ale do brzegu! Po przesłuchaniu (i zapętlaniu) tej płyty poczułam jeszcze większy szacunek i sympatię do tego jegomościa, bowiem pisze on co chce, gra jak chce, teksty są po polsku – na czasie, i osobiste, ale też pozwalające na przefiltrowanie ich przez własną perspektywę. Jednym zdaniem – łamie wszelkie zasady mainstremu a jednocześnie utrzymuje swoją wysoką pozycję w kategoriach bestsellerów. Szacun!

No i tak słuchałam sobie tego nowego materiału w domu, w drodze do pracy, po pracy, na mieście... Nie minął tydzień a Dawid Podsiadło wraz z Katarzyną Nosowską pojawili się w talk show Kuby Wojewódzkiego. I cóż ja tam ujrzałam! Oczywiście dobór gości już sam w sobie był iście wyśmienity, ale ponadto częścią programu był występ Dawida z nowym składem, w którym jak się okazało są również moje znajome, piekielnie i wszechstronne utalentowane Agnieszka Bigaj i Magdalena Laskowska. Odezwałam się do Magdy, że gratuluję jej występu w tv i dołączenia do zespołu, ta zaprosiła mnie na koncert we Wrocławiu, dodam tylko, że wyprzedany jak z resztą cała trasa. Koncert miał miejsce we wrocławskiej Hali Stulecia – przestrzeni dość problematycznej do odpowiedniego nagłośnienia. Zajęłam miejsce i czekałam na rozpoczęcie widowiska. Wspomnę tylko, że mimo mojej częstej obecności na koncertach, relatywnie rzadko bywam na "stadionówkach" czy w wielkich salach, takich jak Hala Stulecia, która tego wieczoru pomieściła kilka tysięcy osób! To było prawdziwe show od pierwszej sekundy! Światła, wizuale, nagłośnienie (o które nieco się martwiłam), wokal, chórki, instrumenty – wszystko się zgadzało. Naprawdę, nie byłam chyba na lepszym polskim koncercie! A co najważniejsze, widać było, że na scenie panuje świetna atmosfera i występująca zgraja utalentowanych muzyków świetnie się bawi i wymienia dobrą energią ze zgromadzoną pod sceną publicznością! Byłam oszołomiona i nadal trochę jestem, kiedy przypominam sobie ten koncert lub ktoś o niego pyta. Było to wydarzenie na naprawdę wysokim poziomie i najwyższej próby jakości!

Magda, jeszcze raz dziękuję, że mogłam to przeżyć ☺

PODSIADŁO II (marzec 2019, Bolesławiec)
Tak. Jestem jedną z tych osób, które uwieczniają i relacjonują koncerty, w których uczestniczą. Wiem, dla niektórych jest to bardzo irytujące zachowanie. Sama będąc kilka lat temu na koncercie Red Hot Chilli Peppers w Warszawie w ramach Impact Fest uznałam, że na koncercie się jest, a ogląda się go później na YouTubie (stałam tak daleko, że bardziej wiedziałam niż widziałam, że na scenie jest właśnie wyżej wymieniony zespół). Zapewniam jednak, że moje zachowanie nie ma na celu przechwalania się, że „ja jestem na koncercie, a ty, który to oglądasz, nie” ani tworzenia „fejmu” wokół mojej osoby; jest raczej objawem czystej radości i wynika z mojej sentymentalnej części charakteru. Ja naprawdę wracam do tych nagrań, a konto na Instagramie traktuję jak swoisty pamiętnik dobrych chwil. No i chodzenie na koncerty (o wiele częściej niż przeciętny człowiek - kimkolwiek on jest) to po prostu część mnie. ☺ Co ciekawe, ostatnio coraz rzadziej nagrywam relacje z koncertów, albo nagrywam ich mniej i bardziej zatapiam się w odbiór muzyki – starzeję się czy jak?

Wstęp ten miał na celu w nieoczywisty sposób doprowadzić mnie/nas do opisu koncertu, który był dla mnie ogromnym przeżyciem i dostarczył mi wiele radości. Co równie ważne, a może nawet najważniejsze przy tej opowieści, w czasie jego trwania ani razu nie wyjęłam telefonu. Nie zrobił tego NIKT z ponad 400 osobowej publiczności!

Garść konkretów:
31/03/2019, Bolesławiecki Ośrodek Kultury (Kino Forum)
Koncert Dawida Podsiadło w ramach Wielkomiejski Tour

Skład zespołu:
Dawid Podsiadło (wokal, tamburyn, klawisze)
Kuba Galiński (instrumenty klawiszowe)
Marcin Ułan Ułanowski (bębny)
Jacek Chrzanowski (bas, moog)
Olek Świerkot (gitara)
Piotr „Patrick The Pan” Madej (instrumenty klawiszowe i perkusyjne)
Magdalena Laskowska (chórki, skrzypce)
Agnieszka Bigaj (chórki, klawisze, trójkąt)
Julia Kulpa (chórki)
 
Do koncertu byłam nastawiona bardzo pozytywnie, mając w głowie wspomnienia z tego wrocławskiego, na którym byłam w listopadzie zeszłego roku w ramach Małomiasteczkowej Trasy. Uznałam wtedy, że dawno nie byłam na lepszym koncercie! Niedzielne wydarzenia zamieszały ciut w moich ocenach. Wzruszyłam się już na pierwszym utworze. Czemu? Bo wszystko było dopięte na ostatni guzik. Cały koncert to był po prostu majstersztyk. Każdy nawet najmniejszy element był przemyślany, odpowiedni i pasujący do całego konceptu. Zaczynając od świateł, przez idealne nagłośnienie aż do tańca chórzystek i dźwięków tamburyna (Dawid), grzechotki banana (Piotr) i trójkąta (Agnieszka).

Podstawą koncertu był oczywiście wspaniały wokal Dawida. Natomiast zaskoczyć (ale tylko pozytywnie!) mogły nowe aranżacje zarówno starych utworów („Nieznajomy”, „Trójkąty i Kwadraty”), a także tych z najnowszej płyty rozpisanych na 9-osobowy skład. Uwierzcie mi, że nie jestem fanką muzyki poważnej, ale jak Magdalena Laskowska gra partię na skrzypcach w refrenie "Nie ma fal" to naprawdę robi to robotę. Świetnym elementem koncertu było również płynne przejście między trzema utworami. Po “Matyldzie”, tutaj należą się ukłony za autoironiczny tekst piosenki o współczesnej kulturze internetowej, muzycy zeszli ze sceny, a światło przeniosło się na siadającego przy klawiszach Dawida. Wokalista opowiedział co się teraz wydarzy – a mianowicie zagra cover, bo tak sobie wymyślił, że na każdym koncercie zagra inny cover, tym razem padło na “Kwiaty we włosach” Czerwonych Gitar. Och, cóż to było za wykonanie! Dzięki temu, że była to niezwykle liryczna wersja tego utworu Podsiadło zmieniając tylko ułożenie palców na klawiszach rozpoczął kolejną melodię – “Elephant”, utwór ze swojej debiutanckiej plyty “Comfort and Happiness”. Pod koniec tej piosenki na scenę zaczęli wracać pozostali członkowie zespołu, a Agnieszka Bigaj podsiadła Dawida przy klawiszach, by ten “zajął jej miejsce” w chórkach, stając na środku sceny i zaczynając śpiewać “Nie kłami” z nowej płyty. Ten fragment koncertu w postaci połączenia tych trzech utworów był iście magiczny. W czasie odbioru tego co widziałam i słyszałam przyszło mi do głowy, że bardzo chętnie kupiłabym płytę z nagraniami z koncertów, bo są to kompozycje inne niż te na płycie i wnoszące zupełnie nową jakość. Oczywiście nic nie odda magii bycia na koncercie i słuchania występu na żywo, ale może w tym właśnie całe clue, że są to wykonania ulotne i jednorazowe, jednoczące odbiorców zebranych pod sceną.

Niewątpliwie był to jeden z tych koncertów, które zostaną ze mną na długo i będę go wspominać z uśmiechem na ustach. Było to bowiem wyjątkowe wydarzenie i dostarczyło mi pełną gamę emocji - od wzruszenia i melancholii przez spokój, harmonię i czystą radość a nawet euforię podczas żywiołowego tańca przy szybszych numerach! Warto dodać, że specyficzne poczucie humoru Dawida Podsiadło na żywo robi jeszcze większe wrażenie i zjednuje sobie serca przybyłych fanów (moje na pewno!). Oczywistym jest też, że jak każdy artysta, Podsiadło przybiera pewną maskę sceniczną i pokazuje/przekazuje światu tylko to co chce przekazać. Niemniej jednak wyróżnia go autentyczność i szacunek do słuchaczy, który przejawia się perfekcyjnym przygotowaniem do koncertów. Emocje i śmiech to jedno, ale występy tej 9 – osobowej super grupy to naprawdę dopracowane spektakle muzyczne, które zarówno artystom jak i odbiorcom przynoszą wielką radość! Talent i wielka praca włożona w przygotowania, to chyba przepis na sukces? I w ogóle nie jest mi żal, że nie mam z tego koncertu żadnego nagrania. Było to jedno z tych doświadczeń, które trzeba w pełni przeżyć i zapisać we własnej pamięci a nie w pamięci telefonu.
 Z tego miejsca pozdrawiam Martę i Basię, z którymi byłam na koncercie w Bolesławcu!!!

*mam nadzieję, że nic nie pomieszałam w setliście, którą opisuję (ach ta zawodna ludzka pamięć...)







Tytuł: Małomiasteczkowy
Autor: Dawid Podsiadło
Wydanie: 2018, Sony Music Entertainment  



Nowy rytm

Zacznę od banalnej prawdy i oczywistości, bo na tym najlepiej buduje się odpowiednią dramaturgię. Mam w głowie taką myśl - tak jak nośnikiem muzyki  jest  płyta kompaktowa, tak nośnikiem emocji jest muzyka. Proste, ale od tego zawsze się zaczyna. Nie wiem czy ktokolwiek z nas słuchałby dźwięków, gdyby nie powodowały one żadnego przypływu uczuć. Słuchamy muzyki żeby poprawić sobie humor, gdy jest nam źle, gdy jest nam dobrze, gdy zdarzy się nam coś złego albo gdy spotka nas wielkie szczęście. Każdy tworzy ścieżkę dźwiękową swojego życia. Dlatego bardzo nie lubię prób klasyfikowania muzyki na gatunki. Muzyka jest ulotna tak jak emocje, które w nas wywołuje. To trochę tak jakby ktoś próbował złapać w dłonie chmurę i nadać jej kształt. Taki pomysł nie ma prawa się udać. Dlatego też uwielbiam twórców którzy rozumieją jaki to kruchy materiał, ta cała muzyka. Takich którzy nie próbują wbić jej w sztywne ramy, ale dają jej swoją energię, żeby mogła rozkwitnąć milionem emocji. I o takim zespole, który moim zdaniem, czuje to doskonale będzie tutaj parę słów.      
Muszę przyznać, że mam w życiu wielkie szczęście spotykania na swojej drodze niesamowitych ludzi. Nie zawsze udaje mi się to docenić przy pierwszym spotkaniu, zwłaszcza, że często zwyczajnie potrafi ono zaskoczyć. Takim pierwszym, lekko może niezręcznym moim zetknięciem się z zespołem Sonbird był Festiwal Rock in Summer, który odbył się 15 sierpnia w Warszawie. Naprawdę rzadko pojawiam się na koncercie nie przygotowana, ale tym razem tak właśnie było. Znałam jeden singiel, zespół był wtedy jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty. Słowem poszłam w temat w ciemno. Niesamowite było to, że nie znając praktycznie żadnego utworu, bawiłam się naprawdę bardzo dobrze. Dostałam niesamowitą dawkę pozytywnej energii i obiecałam sobie, że szybko nadrobię braki w znajomości tekstów, a jak tylko pojawi się możliwość konfrontacji na koncercie klubowym to na pewno z niej skorzystam. A to wszystko za sprawą rozbrajającej szczerości, którą poczułam tego letniego wieczoru ze sceny.
Tak też się stało i jesienią we Wrocławiu jeszcze raz spotkałam się z muzyką Sonbird. Materiału chłopaki mieli już sporo, za kilka miesięcy planowana była premiera pierwszej płyty. Koncert był taki jak uwielbiam - kameralny, bez przypadkowych widzów (serdecznie przepraszam z tego miejsca wszystkich fanów festiwali, ale uważam, że mały, zadymiony klub to środowisko naturalne głębszej relacji z muzyką. Na dużej imprezie umyka mi gdzieś ta magia chwili) a ci, którzy na nim się pojawili dostali w pakiecie przyjemne dźwięki i intrygujące treści. Uważam, że chłopaki mają w sobie rodzaj  lekkości grania i uśmiechu do świata. Próbując opisać moje wrażenia powiedziałabym ,że ich muzyka kojarzy  mi się  z babim latem, z takim spokojnym późno letnim wieczorem kiedy siedzisz i patrzysz na nadchodzący zmierzch. Skórę masz jeszcze rozgrzaną słońcem ale gdzieś już na horyzoncie pojawia się nostalgia, że coś przemija i nie możesz tego zatrzymać w stopklatce. Gdzieś tam w środku w sumie jesteś jednak szczęśliwy, że tyle było tych dobrych chwil. Oczywiście nie twierdzę, że mam licencję na zrozumienie “co autor miał na myśli”, ale konfrontując to co do mnie dotarło ze sceny ze swoimi emocjami dostałam taki właśnie mentalny obrazek. 
Zaskakująco dużo odnalazłam w tekstach Sonbird odniesień do próby znalezienia w drugim człowieku własnego kompasu na życie. To chyba utknęło w mojej głowie najbardziej,może właśnie dlatego że czuję w tym taką ogromną autentyczność. Bo czyżby nie było tak, że każdy z nas robi to samo? Nie wiemy dokąd zmierzamy ze swoim życiem i desperacko chcemy, żeby ktoś nam pokazał tą właściwą drogę. Tak jak w słowach piosenki “Wada” można usłyszeć kilkukrotnie słowa “Uderz mną, nadaj nowy rytm”. Albo w tekście “Wodospadów” gdzie przebija się “Od lat biję ciałem o brzeg dla Ciebie”. 
Podsumowując, jeśli nie lubicie chodzić na łatwiznę i jesteście gotowi pogrzebać sobie trochę w swojej duszy, to z czystym sumieniem polecam zobaczyć Sonbird na żywo. Zaryzykuję stwierdzenie, że to zaprocentuje wam odnalezieniem w swoich myślach tego, co dla bezpieczeństwa schowaliście w jakimś kartonie z napisem “nie otwierać!”. Ale warto, naprawdę warto sobie przypomnieć, że każdy z nas ma tą wrażliwą stronę, która sprawia że jesteśmy całością. A zacząć można też od świeżo wydanej płyty zespołu.






Tytuł:   Głodny
Autor:  Sonbird w składzie -
             Dawid Mędrzak , Kamil Worek , Tomasz Kurowski , 
             Maciej Hubczak 

fuck music. bring the pain.

Jest takie pojęcie, które niektórzy pewnie kojarzą - pałac pamięci. Nie zagłębiając się zbytnio w koncept, polega to na kojarzeniu obrazów z miejscem w rzeczywistym lub wyimaginowanym otoczeniem. Czyli w skrócie wyobrażamy sobie lokację, w której przechowujemy wspomnienia, emocje i co tam jeszcze sobie chcemy. Ja tak właśnie wyobrażam sobie swój twardy dysk wewnętrzny, zwany potocznie mózgiem. Widzę piętrowy budynek wyglądający jak biblioteka. Całe ściany wypełnione są po sufit szufladami. Każda z nich zawiera jakieś wspomnienie. Niektóre otwieram często, innym przydałoby się naoliwić zawiasy. Ale jest też coś innego niż cała reszta. Na samym końcu jest zamknięty pokój z grubą warstwą kurzu. W tym pokoju jest tylko jedna skrzynia. A dziś będzie trochę o tym co w takiej skrzyni może się znaleźć.

Niezależnie od tego ile mamy lat, każdy z nas doświadczył czegoś traumatycznego. Czegoś co zmieniło nasze postrzeganie świata. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem które biegało sobie beztrosko po placu zabaw, aż w końcu potknęło się i rozbiło kolana. I od tego czasu zaczęło biegać trochę ostrożniej bo pamiętało ten ból i chce go za wszelką cenę uniknąć. To samo robimy z emocjami. Jeśli coś nas bardzo zabolało, chowamy to najgłebiej jak się da i unikamy wszystkich sytuacji, które mogłyby spowodować, że poczujemy to ponownie. Problem polega na tym, że żadna szuflada, żadna skrzynia, a nawet żaden pokój nie jest z gumy. Nadejdzie więc chwila w której będziemy musieli skonfronować się w tym co ukrywamy w sobie. Jeśli chcesz poczuć jak to jest, kiedy rozprawiasz się z przeszłością i uczuciami, posłuchaj jedynej płyty zespołu Death Spells “Nothing Above Nothing Below”.
To nie będzie łatwe, bo ten materiał jest specyficzny a temat trudny. Tytuł posta nie jest przypadkowy. Zachowałam oryginalny opis z instagramowego profilu zespołu, bo uważam, że idealnie pokazuje to co wydarza się podczas słuchania tej płyty. Hardcore w każdym możliwym aspekcie tematu. Są chwile, że brzmi jak soundrack do jakiegoś zupełnie schizoidalnego horroru. Są chwile, gdy słuchając kolejnych utworów czujesz się, jakbyś był pod wpływem działania środków psychoaktywnych. Ale tak właśnie ma być. Tak właśnie wygląda nasz mózg, jeśli latami nie układamy w nim trudnych tematów. Pierwsze utwory to litania pytań bez odpowiedzi. Jak  w “Diluted”- Przetrwaliśmy w tym życiu już tak wiele, lecz jak daleko tak naprawdę doszliśmy?, jak w “Why is love so disastrous?”- Czy wolą Boga naprawdę są morderstwa zalewające ulice?. Później pojawia się próba rozliczenia swoich uczuć. Mnie osobiście bardzo dotknęły fragmenty  “Bo nienawidzę nienawiści, nienawidzę nienawiści, ale moja nienawiść…Jest wszystkim co mam.“ czy “niektóre blizny nigdy nie znikną, nigdy nie wyznam całej prawdy.”
Ta płyta jest ważna. Jest ważna niesamowicie. Myślę że każdemu świadomemu słuchaczowi przypomni, że ma ten zamknięty pokój w swojej głowie, który nieuporządkowany, może rozwalić każdy umysł, nawet ten, którego fasadę poleruje się nieustannie. Odkrywa karty i pokazuje wszystko, bez owijania w piękne słowa i przystępną formę. Bo tacy właśnie jesteśmy- nieuporządkowani, pogubieni i bezbronni wobec własnych myśli. Jedyne co możemy zrobić to uświadomić sobie swoje słabości i nie spychać ich w ciemny kąt. Inaczej ta ciemność kiedyś może nas pochłonąć i nie będzie już odwrotu.
     
At night I curl up to them and hide.
I feel the blood behind my face.
It’s cold as hell, and I’m cold as hell.
This world is broke. Aren’t I?
This world is broke and so are we.






Tytuł:       Nothing Above, Nothing Below
Autor:      Death spells w składzie -
                Frank Iero, James Dewees 
Wydanie: 2016,Vagrant Records