Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zespół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zespół. Pokaż wszystkie posty

Powrót do przeszłości z Lunatykami Martwej Dyskoteki z Poznania


Lubię kiedy muzyka jest jak wehikuł czasu. Zdarza się, że ta podróż w czasie rozpoczyna się gdy słyszymy melodię sprzed lat (ech... zabrzmiało dość nostalgicznie!) mam na myśli utwory, których słuchaliśmy w gimnazjum/liceum a teraz jesteśmy przed 30-stką (jak ja). Choć wszyscy wiemy, że czasem nawet dwa lata mogą dużo namieszać w naszych gustach muzycznych. Sęk w tym, że dane piosenki czy zespoły są dla nas ważne z jakichś osobistych powodów. Innym przykładem zagięcia czasoprzestrzeni jest moment kiedy słuchając danej muzyki czujemy, że przenieśliśmy się w jakieś inne miejsce na linii czasu, nawet jeśli nigdy nie byliśmy częścią tamtych wydarzeń. Takie właśnie odczucia miałam słuchając EP-ki "Chaos i absurd" (2019) poznańskiego składu Lunatycy Martwej Dyskoteki.

fot. Maurycy Greczko

Od razu po odpaleniu singla "Gwarna" poczułam klimat lat 80-tych! Ale nie mam tutaj na myśli skojarzenia z żadnym konkretnym zespołem, tylko jakby z całym nurtem muzyki z tamtych czasów. To wspaniałe uczucie kiedy masz świadomość, że jest to muzyka napisana współcześnie, ale już od pierwszych dźwięków przenosisz się w inny wymiar muzyczny, historyczny, społeczny. Słychać inspiracje nową falą, ale muzycy wcale się ich nie wypierają. Nazywają siebie zespołem postpunkowym – i słusznie. Swoją drogą bardzo przypadł mi do gustu ich opis na Facebooku – krótki i zwięzły, ale jasno wyznaczający zamysł działalności i przekaz tego zespołu:
"Dyskoteka jest martwa. Dawne idee zespołów takich jak Republika, Świetliki, Apteka, Siekiera nie. Wiersze, w akompaniamencie lunatycznych brzmień wyjawiają tęsknotę za dawnymi latami pełnymi zabawy i uwikłanie we współczesne sprawy."
Ich muzyka jest dokładnie taka jak w opisie! Ta lunatyczność, "transowość", mantryczność ma w sobie coś magicznego. I choć postpunk nie jest moim gatunkiem numer jeden, to nie mogę przejść obojętnie obok tej twórczości. Jest w niej zaklęta jakaś tajemniczość, oniryczność a z drugiej strony obrazowe teksty, pozwalają ułożyć w głowie wyraźne opowieści zawarte w piosenkach.
Jeśli jesteście fanami nowej fali i swoistego chłodu i konkretu w muzyce i przekazie artystycznym to polecam śledzić chłopaków w social mediach i PRZEDE WSZYSTKIM chodzić na koncerty, bo to przecież kwintesencja tych wszelkich zabiegów marketingowo-wizerunkowych :)
Tutaj podpowiedź gdzie znaleźć zespół i ich twórczość:
Link do teledysku "Gwarna" 
Link do kanału na YouTube 
Link do Soundcloud 
Link do Facebook 
Ale jako, że słowo się rzekło (czyli ja pisząca o tym, że nie jestem ekspertką w tym gatunku muzycznym) pozwoliłam sobie poprosić również Ewę o recenzję materiału, bo jest to gatunek bliższe jej sercu :) [tak, tę Ewę co mnie zostawiła samą na blogu 😃 jak widzicie komitywa trwa nadal, jak zapewniałam]. Poniżej jej opinia:
“Jest naprawdę dobrze! To co najbardziej przyciąga w muzyce punkowej to szczerość i prawda. I za to wielki szacunek dla zespołu, bo wyciągnęli z dawnego Jarocina to co w nim najlepsze. Ale zamiast odgrzewać stare motywy zrobili z tego prawdziwy powiew nowej fali, coś swojego. Róbcie dalej jak czujecie, bo robicie to zajebiście dobrze!”

Niech muzyka obroni się sama, miłego odsłuchu!

Ola  

   
* najbliższe okazje do zobaczenia zespołu na żywo:

16/01 w Gotyniu (przesłuchania w ramach festiwalu Rockowania) 
18/04 we Wrocławiu (Klub Łącznik)

skład zespołu:
Jakub Walczak (gitara) 
Iwo Greczko (wokal)
Tomasz Sojka (gitara)
Igor Stobiecki (bas) 
Kacper Kot (perkusja)


“Codziennie myślę o dźwiękach, i nie wiem co musiałoby się zdarzyć, żeby to się zmieniło” - Wywiad z Radkiem Baranowskim (8/08/2019)

fot. Linda Parys


Radek Baranowski - multiinstrumentalista, producent, aranżer, dobry człowiek. Ten rok był szczególnie obfity w wydawnictwa z jego udziałem. Oprócz muzycznych działań z  Frankenstein Children, udzielał się muzycznie lub producencko w takich składach jak: Charlie Kilo, Monsieur Premiere, Kutera, Moongoat, Motorboats, Squid. Prywatnie mam przyjemność nazywania go swoim kumplem, choć ze względu na różne zajętości, na żywo spotykamy się raczej tylko w okolicznościach muzycznych. Thank God for the Internet! 👊
Spotkaliśmy się w sali prób i pracowni, czyli praktycznie w drugim domu, muzycznie zakręconego Radka z Frankenstein Children. Trochę sobie porozmawialiśmy od serduszka o motywacjach, zajawkach i o wrocławskiej scenie muzycznej.
Zachęcam do lektury :)
O: Kiedy poznałam Cię trzy lata temu, byłeś w zespole Black Street Noise, ale z tego co wiem zawiesiliście działalność. Obecnie jesteś pełnoprawnym członkiem zespołu Frankenstein Children i udzielasz się też w innych projektach. Generalnie gdzie nie spojrzę to tutaj gitarka, tutaj klawisze. Co możesz powiedzieć o tych projektach? Czemu tak krążysz między nimi? Czy to samo przychodzi?
R: Przychodzi samo. Jestem człowiekiem, który chce jak najwięcej działać. Lubię się bratać z ludźmi i kiedy ktoś potrzebuje ode mnie jakiejś pomocy muzycznej - zawsze chętnie jej udzielę. Sam też mam z tego radochę i też uczę się przy tym od innych.
O: Czyli każdy nowy projekt traktujesz jako wyzwanie, jako coś nowego, rozwijasz siebie…
R: Tak, tak. Jednak nie zawsze jest tak, że traktuję coś jako jakiś zobowiązujący projekt. Po prostu działam, bo chcę. Jeśli ktoś mnie poprosi, żebym coś nagrał, to (o ile dana rzecz mi się podoba) zrobię to. Tak samo w kwestii zagrania gdzieś, z kimś koncertu i tak dalej. Czasami są to większe przedsięwzięcia, czasem trochę drobniejsze, ale zawsze wyciągam z tego jakąś cenną lekcję. To też później może ewoluować w coś większego, w perspektywie dłuższego czasu. Kiedy zgadzam się, by coś dla kogoś zrobić, totalnie nie mam w głowie tego, co by mogło z tego wyniknąć w przyszłości. I potem mijają, na przykład, dwa lata i nagle się okazuje, że pojawia się grubszy temat.
O: Rozumiem. Nawiązała się jakaś relacja, ktoś Cię pamięta z poprzedniej współpracy.
R: Tak, dokładnie.
O: Dobra. A cofając się jeszcze bardziej w przeszłość – kim chciałeś być jak byłeś dzieckiem? Czy zawsze te marzenia były związane z muzyką?
R: Do ósmego roku życia myślałem, że będę badał przyrodę.
O: Hmm, okej…
R: Później zacząłem się łapać na tym, że coraz częściej frajdę sprawiało mi słuchanie muzyki i udawanie przed lustrem, że gram na instrumencie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to już jest znak, by zacząć coś w tym kierunku robić. Osobiście uważam, że zacząłem dosyć późno – mając trzynaście lat zacząłem grać na gitarze.
O: A w rodzinie był ktoś, jakiś wzór dla Ciebie? Czy po prostu tak to do Ciebie przyszło, jako nowe hobby?
R: Mam wujka, który coś tam gra na gitarze, dla przyjemności, ale chyba nigdy nie wiązało się to z potrzebą bycia artystą. Ja od samego początku czułem, że chcę pisać swoje utwory. Nie grałem dużo coverów w swoim życiu, praktycznie wcale. Zawsze skupiałem się na swoich rzeczach.
O: Mówisz o aranżach? Czy teksty też?
R: Nie, teksty nie. Miałem oczywiście jakieś tam próby jako młodziak, ale zaniechałem to. Niemniej jednak, nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w tej kwestii.
O: Czyli oprócz planu jakim było zostanie badaczem przyrody, to ścieżkę kariery już sobie dawno wyznaczyłeś?
R: Tak.

fot. Ania Dobro

O: Teraz mam taki poważniejszy temat, mianowicie, gdybyś miał uszeregować i przyporządkować procentowy podział elementów takich jak: talent, szczęście, karma, dobra organizacja, cierpliwość, ciężka praca i mocny charakter; bo uważam, że są to czynniki, które składają się na sukces w branży muzycznej, to jakbyś to ustawił?
R: Wszystko po równo, z delikatną przewagą ciężkiej pracy. Jest bardzo ważna. W moim przypadku te czynniki się w miarę równoważą.
O: Dobra, czyli ciężka praca byłaby korzeniem. Jednak gdybyś nie miał talentu, nie trafił na dobrych ludzi, nie byłbyś dobry i ta karma by nie wracała, nie ćwiczyłbyś i nie miałbyś cierpliwości, to nic by z tego nie było, tak?
R: Tak jest.
O: Czyli to taka kulka mocy jest…
R: Dokładnie, taka kulka mocy. Wymagająca od człowieka wszystkiego po trochę.
O: A jaką cechę w ludziach najbardziej cenisz? Niby nie związane z tematem, ale w muzyce relacje międzyludzkie też są bardzo istotne.
R: Podczas współpracy najważniejszy dla mnie będzie chyba wspólny cel i konsekwencja w dążeniu do niego. A generalnie u ludzi to najbardziej cenię sobie szczerość i odwagę do bycia zdecydowanym na cokolwiek w stu procentach.
O: Rozumiem, żeby mieć główne założenie w życiu i każdą pomniejszą decyzją zbliżać się do założonego celu. Świadomie wybierasz w którą stronę skręcasz?
R: Tak. Nie zastanawiam się zbyt długo i staram się robić stanowcze kroki. Nie żałować, tylko wejść w to, co chcę na sto procent, bo, moim zdaniem, tylko wtedy to ma jakikolwiek sens.
O: No dobra, a czy odrzuciłeś kiedyś jakąś propozycję? Z tego co wiem, to zwykle ludzie Ciebie proszą o współpracę, a jest tego tak dużo, że chyba nie zawsze masz czas, żeby powiedzieć „Siema chłopaki, chciałbym z Wami zagrać”, bo ciągle masz co robić. Przynajmniej ja tak to widzę. Zdarzyło Ci się odrzucić coś, co Ci nie leżało?
R: Oczywiście, zdarzało się tak. Zawsze zdaję sobie sprawę z tego, ile w danym momencie mam czasu i kiedy jest go mało to później, przez chwilę, się na siebie złoszczę, gdy znowu wziąłem na siebie więcej niż planowałem. No ale taki już jestem. Chcę robić rzeczy!
O: Okej, czyli ta chęć jest silniejsza niż rozsądek?
R: Tak. Tym bardziej, gdy robię coś z moimi przyjaciółmi z różnych składów, które oboje znamy. 
O: Czyli naturalnie to od Ciebie wychodzi?
R: Tak jest.
O: Wspomniałeś o kapelach, które oboje znamy. Wiem, że nie jesteś z Wrocławia, ale jesteś już związany z tym miastem i z jego sceną muzyczna…
R: No chyba tak (śmiech).
O: W moim odczuciu tak, a podobno trochę na tej scenie się znam (śmiech)…
R: No w końcu jesteś ambasadorem!
O: Tak mówią, dziękuję. W takim razie co myślisz o wrocławskiej scenie muzycznej?
R: Obserwuję tę scenę bardzo uważnie i robiłem to zanim jeszcze się tu przeprowadziłem. Grając z BlackStreet Noise, nikt z zespołu nie mieszkał we Wrocławiu. Wbiliśmy się tak trochę znikąd. Zaczęliśmy wysyłać swoje rzeczy do ludzi i klubów z Wrocławia, bo w naszej małej mieścinie nie było perspektyw na rozwój. Już wtedy wiedziałem mniej więcej co się tu dzieje i jakie są zespoły, mimo że nie znałem tych ludzi osobiście. Po jakimś czasie tu zamieszkałem, a potem to samo zrobiła reszta składu BSN i od słowa do słowa, prędzej lub później - każdy z każdym zaczął działać. A przynajmniej tak mi się wydaje. Teraz Ci ludzie o których wtedy słyszałem, są moimi kolegami, często jest tak, że coś wspólnie robimy i to jest super. A wracając do wrocławskiej sceny. Zauważyłem, że są pewne środowiska. Różne ekipy, składające się z różnych artystów, którzy mają takie swoje ekosystemy, w których działają – wzajemnie się wspierają, pożyczają sobie sprzęt, grają wspólnie koncerty, nagrywają piosenki i tak dalej. To jest ekstra i myślę, że warto te środowiska jak najbardziej zintegrować. Uważam, że właśnie to się teraz dzieje i że w ostatnim czasie te relacje między różnymi lokalnymi artystami zaczęły się coraz bardziej zacieśniać. Pamiętam czasy, kiedy było kilka zaprzyjaźnionych zespołów i każdy myślał tylko o sobie, o swojej indywidualnej ścieżce.
O: Tak, szczerze mówiąc, ja tak samo wspominam muzyczny Wrocław przed kilku laty, że zawsze były jakieś trzy składy, które często się przewijały, ale nigdy nie miałam takie poczucia, że te zespoły znały się między sobą.
R: No właśnie! Teraz czuję się tak jakby powoli tworzył się jeden wrocławski zespół, jedna ekipa, która współdziała i zbiera coraz więcej ludzi. I oby było tylko lepiej!
O: Jasne, czyli pozytywnie patrzysz w przyszłość, że te relacje, które się zbudowały na wrocławskiej scenie będą tylko rosły w siłę?
R: Tak, dokładnie! Mam taką nadzieję. Jako człowiek dążę do tego, żeby pielęgnować takie rzeczy. Jeśli się coś dzieje, to niech tak będzie. Trzeba dać temu przestrzeń i czas – niech dzieje się samo.
O: Czyli jest lepiej na wrocławskiej scenie? Idzie ku dobremu?
R: Moim zdaniem tak.
O: Dobra, ten temat mamy przegadany. Wyczuwam – a właściwie znając Cię wiem -  że muza jest totalnie Twoim światem i wokół niej kręci się całe Twoje życie i czerpiesz z tego w każdej dziedzinie. Daje Ci to satysfakcję i wiążesz z tym swoją przyszłość zarobkową. Wydaję mi się, że w innej branży sam siebie chyba też nie widzisz.
R: Zdecydowanie nie.
O: Jak oboje wiemy, jest to dość ciężki kawałek chleba. Chciałam zapytać czy miałeś kiedyś chwile zwątpienia albo załamki, zastanawiałeś się, czy na pewno warto iść w to dalej?
R: Nigdy nie miałem.
O: Nigdy?
R: Nigdy.
O: Wynika to bardziej z Twojego usposobienia, czy po prostu nigdy nie zdarzyło się coś, co pozwoliłoby Ci zwątpić?
R: Zdarzyło się wiele rzeczy, które mogłyby sprawić, że zwątpię. Jestem po prostu bardzo upartym człowiekiem. Już dawno się pogodziłem z tym, że to będzie długa droga, ale udało mi się poukładać wszystkie życiowe obowiązki i plany tak, że mogę to robić [tworzyć muzykę] w takim wymiarze czasu, w jakim chcę i potrzebuję. 
fot. Linda Parys

O: Fajne jest to, co mówisz, bo wychodzi na to, że to co szanujesz w innych osobach i za co je cenisz - sam to masz. A czy masz w głowie założony plan, gdzie będziesz za 5 lat?
R: Nie mam konkretnego planu, ale wiem, że na pewno będę robił muzykę. Nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, żeby to się zmieniło.
O: Oby nic!
R: Dokładnie, oby nic!






IKSY – idzie nowe, będzie więcej luzu i chaosu!


Zespół Iksy znam od sierpnia 2018. Najpierw o nich usłyszałam, następnie byłam na ich koncercie na plaży, a potem zapragnęłam ich poznać. Ot, cała historia! [Wszystko miało miejsce podczas Festiwalu FAMA 2018 w Świnoujściu] Okazało się, że moje przeczucia się sprawdziły i są to bardzo spoko ludzie, jednak w tym tekście chciałabym się skupić na ich twórczości – czyli na tym, co chwyciło mnie za serce i sprawiło, że nadal mile wspominam tamten wieczór na świnoujskiej plaży (mimo że było dość chłodno i daleko od cywilizacji!)

Ich muzyczna historia również jest dość ciekawa. Jak głosi internetowa wieść, grupa (bo jeszcze nie zespół) powstała w 2016 roku na potrzeby szkolnego konkursu. Agata i Radek zaczepili na korytarzu chłopaka ze skrzypcami i tak powiększyli swój skład o Filipa. Jak  to w życiu bywa z przypadku zrodziło się coś trwałego i tak wspólnie muzykują już 3 lata, a nawet po drodze powiększyli skład zespołu do pięciu osób – zapraszając do współpracy Piotra i Jakuba. Dla Agaty jest to pierwsza w życiu profesjonalna przygoda z muzyką, a pełni w zespole rolę wokalistki i autorki tekstów, więc to nie lada wyzwanie! Na szczęście ma w zespole kolegów, którzy grali wcześniej w innych składach i są już nieco obyci z muzycznym światkiem.

Gatunkowo? Ogólnie mogłabym powiedzieć , że jest to dobry pop z domieszką innych gatunków, które akurat grają w duszy członkom zespołu. Sami o sobie mówią, że grają „mniej chamski pop”, lecz nie lubią kiedy ludzie ich szufladkują. I faktycznie nawet w obrębie kilku utworów, które znajdują się na poszczególnych EP-kach zespołu – „Obrzeszki” (2016) i „Jesienią” (2018) można pokusić się o wyliczenie kilku stylów muzycznych, ale czy to takie ważne? W ich muzyce na pewno słychać fascynację i zabawy słowne językiem polskim, oraz liczne odniesienia literackie a w szczególności poetyckie – właściwie na każdym ich wydawnictwie znajduje się muzyczne opracowanie jakiegoś wiersza. Być może właśnie dlatego tak mocno podbili moje filologiczne serduszko? Jest to materiał autorski, ambitny i błyskotliwy. Osobiście urzeka mnie wokal Agaty, w którym słyszę szczerość i wrażliwość na otaczający nas świat. Głos wokalistki jest osadzony w przemyślanych i niekonwencjonalnych melodiach, które mam nadzieję spodobają się również Wam. Teksty zdecydowanie są „o czymś” i można je nazwać nieoczywistymi, więc dajcie sobie czas, aby przy kolejnych odsłuchaniach danego utworu wysłyszeć wszystkie zabiegi stylistyczne i sztuczki językowe.


W ramach sekcji „Pytania, które chcielibyście, aby Wam zadano”, oddaję teraz głos Iksom:

1. Jakie są nowe Iksy?
Świeższe, żywsze, weselsze i mocniejsze. Możemy zdradzić, że mały chaos jest motywem przewodnim nowej płyty, która będzie czymś, czego chyba nikt się po Iksach nie spodziewał. Już pierwszy zaplanowany singiel będzie zupełnie inny. Na nowym albumie będzie bardzo różnorodnie, to możemy obiecać!

2. Co dało Wam poszerzenie składu?
To dało nam możliwość kombinacji, paradoksalnie, większa ilość muzyków i instrumentów nie spowodowała muzycznej duchoty. Większy skład dodał do tej muzyki powietrza, którego tak bardzo brakowało. Zrobiło się po prostu luźniej. Z innego punktu widzenia, dodaliśmy do tej muzyki pulsu, jest o wiele rytmiczniej. Tego bardzo nam brakowało, gdy graliśmy w trójkę.

3. Z czego czerpiecie inspiracje na nową płytę?
Inspiracje czerpiemy z muzyki samej w sobie, ale trochę też, tak jak to było na poprzednich płytach, również z literatury. Teraz na płycie będzie się znajdował wiersz - „But w butonierce” Bruno Jasieńskiego, możemy to zdradzić, ponieważ gramy ten utwór na koncertach. Ten wiersz ciągnie się za nami od liceum. I to jest też taka mała tradycja, bo na każdej płycie jest jakiś wiersz, który odbił piętno w naszej głowie. Dla mnie [Agata] to był ważny wiersz, mnie się podobał od początku. Jeśli chodzi o inspiracje muzyczne, to dotychczas np. na EP „Jesienią” byli to: Damien Rice, SDM, czy solowa twórczość Piotra Roguckiego. Na nowej płycie będzie można usłyszeć echa twórczości takich wykonawców jak: LemON, The Dø, Czesław Śpiewa, a nawet Johna Frusciante.

4. Jakie idee za sobą niesiecie?
Idea jest wielowymiarowa, bo nie jest tylko typowo muzyczna, ale też światopoglądowa. Dla nas już sam skład zespołu i jego funkcjonowanie nie jest przypadkowe! Nie ma przypadków, nie ma muzyków sesyjnych, nie gramy nigdy z zastępcą. Po prostu zawsze musimy być w pełnym składzie. Tutaj chodzi o energię między ludźmi, przyjaźń i nasze relacje pomiędzy sobą. Na nowej płycie będzie słychać wszystko – to, że się bawiliśmy, że się kłóciliśmy, że to wszystko było nagrywane w jednym, małym drewnianym domku na Słowacji. Chodzi o to, żeby wytrzymać ze sobą, bo granie koncertów, nagrywanie, robienie muzyki wiąże się z dużą ilością czasu spędzanego razem. Trochę jak rodzina, więc musimy się też lubić, żeby to wszystko miało sens. No a jak się nie znamy i się nie lubimy, to wtedy wszystko odbija się na muzyce. Mówiąc z innej perspektywy – ta muzyka to jest bardzo mocne uzewnętrznienie się i tu nie ma miejsca na nieszczerość. Mamy na myśli, że materiał, który nagraliśmy jest naszą wizytówką tego okresu. Już nigdy nie nagramy niczego w tym stylu, pójdziemy dalej, najpewniej zupełnie gdzie indziej. Mamy wrażenie, że nie będzie to album łatwy, ale nie taki miał być. Nie chcemy, żeby muzyka szła w stronę miałkiego, nijakiego produktu. Nasz przekaz, to jest nasz świadomy wybór.

Polecam również Waszej uwadze wywiad z zespołem z sierpnia zeszłego roku, który znajdziecie na blogu Głośniej, aby dowiedzieć się więcej o zmianach zachodzących w zespole – zarówno w warstwie personalnej jak i muzycznej.

Premiera nowej płyty pod koniec września! Jeśli tekst i historia zespołu Was zaintrygowały to odsyłam Was na Spotify, gdzie możecie posłuchać utworów nagranych jeszcze w trio i już w powiększonym pięcioosobowym składzie!
Mam też dobrą wiadomość, Iksy już niedługo, bo 31 maja zagrają koncert w Alive we Wrocławiu, a jak wiadomo nową muzykę najlepiej poznawać podczas koncertu na żywo!
link do wydarzenia


Skład zespołu:

Agata Duda - wokal, ukulele, teksty                                   
Radek Kasprzycki - gitary
Filip Bojdoł - skrzypce
Jakub Kasprzycki - bas
Piotrek Harazin - perkusja








Koncert zawsze spoko?

10/08/2018
 Kiedy kierujesz się tak jak ja, zasadą „koncert zawsze spoko”, to pomysł, aby jechać w piątek po pracy (a właściwie w trakcie – wyjście o 2 godziny wcześniej odrobiłam na koniec miesiąca – pozdrawiam swoją teamleaderkę ;) na koncert do Krakowie (mieszkam i pracuję we Wrocławiu, jakby co), wydaje się nie aż tak szalony jak dla zwykłego, wiodącego spokojne życie śmiertelnika.

Nie należę też do osób, które tak do końca racjonalnie szacują i kalkulują czy coś się opłaca, biorąc pod uwagę czas i pieniądze poświęcone na dane przedsięwzięcie.
Oto przykład: w piątek 10 sierpnia wyruszyłam z pracy o 14:00, pociąg miał być o 15:03, odjechał o 15:43. Do Krakowa miał zawitać o 18.43, był o 19:40, a na koncert dotarłam chwilę po 21:00. Natomiast z Krakowa wyjechałam dnia następnego o 12.25 – więc cały ten trip trwał około 24 godziny, z czego w podróży byłam „pi razy drzwi” około 10 godzin.
I tutaj rodzi się pytanie „czy było warto?” i dlaczemu chcę mi się realizować takie pomysły? Odpowiedz brzmi – OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! (gdyby była to wypowiedź anglojęzyczna, odpowiedziałabym – HELL YEAH!) :D
Dlaczego?
Bo jak mówił Roosevelt: „Nie warto mieć ani robić niczego, co nie wiąże się z wysiłkiem, bólem i trudnościami”. No dobra, ten „ból” i „trudności” to może jednak trochę przesada, ale dla mnie ten cytat to w wolnym tłumaczenie zdanie, że „nie warto robić rzeczy, w które nie wkłada się wysiłku”. Oczywiście ten wysiłek może przybierać różne postaci, nie tylko wyciskanie sztangi na siłowni. A idąc za słowami Alberta Einsteina „Czasem jest tak, że to, co się liczy, nie da się policzyć, a to, co daje się policzyć – nie liczy się”.
A tak całkiem serio (bo nie ma być to wpis z aforyzmami xD) – dla mnie doświadczenie koncertu to najlepsze uczucie jakie przeżywam. I chociaż przez tydzień wahałam się czy jechać, bo też prowadzę zwyczajne życie z pracą od poniedziałku do piątku i najnormalniej w świecie, organicznie trochę mi się nie chciało; ponadto zastanawiałam się czy aby nie przesadzam – analizując wyrazy twarzy moich znajomych, kiedy opowiadałam im o tym pomyśle – to muszę przyznać, że szanuję siebie za to, że jednak zdecydowałam się pojechać na ten koncert – brawo ja! xD

Dobra, to teraz muszę napisać na jakim koncercie byłam ;)
Był to krakowski zespół o wdzięcznej nazwie Dziewczęta, gatunkowo nie wiem jak go zaklasyfikować, kojarzy mi się z wieloma dobrymi rzeczami, po głowie chodzi mi enigmatyczne określenie „alternatywa”, ale sami musicie nausznie sprawdzić czym to dla Was jest! Dla mnie jest to po prostu muzycznie dobre! I stwierdzam to z pełną świadomością, bowiem widziałam i słyszałam chłopaków na żywo, a w moim mniemaniu to właśnie koncerty są prawdziwą wizytówką zespołu. Na żywo nie da się wszystkiego kontrolować i „wyczyścić” tak jak w studio, a do tego dochodzi energia jaka płynie ze sceny i sam fakt czy taka właśnie dobra energia pojawia się w trakcie spotkania z publicznością. Tutaj wszystko się zgadzało – muzycy dali z siebie wszystko (uwierzcie, że był to dla nich niezły wysiłek, bo koncert miał miejsce w blaszanym magazynie, w którym było prze-duszno!) a publika nie była dłużna i żywiołowo reagowała na kolejne utwory. Wytworzyła się unikatowa atmosfera wspólnoty, której podstawą była muzyka grana na żywo.

Koniecznie zajrzyjcie na ich FB, aby być na bieżąco. EP-kę chłopaków składającą się z czterech utworów możecie odsłuchać na Spotify, odwiedźcie również ich kanał na portalu YouTube, gdzie również znajdziecie kilka miłych dla oka i ucha filmików.

Jak sami tam o sobie piszą:
Dziewczęta – zespół założony pod nasypem kolejowym przy ulicy Mogilskiej w brudnym mieście Krakowie. Chłopcy w Dziewczętach działają od roku 2014. Przez swoją twórczość, próbują znaleźć odpowiedzi na fundamentalne pytania. Ride – это britpop czy shoegaze? Czy kiedy puścimy DIIV o połowę wolniej, z głośników wyskoczy nam Rachel Goswell? Czy The Verve tankują na Orlenie? Wreszcie – czy w tym mieście zacznie się w końcu COŚ dziać?!”

Sprawdźcie jak muzycznie starają się odpowiedzieć na te pytania! I jeśli będziecie mieć okazję idźcie na ich koncert!!!


EDIT
27/04/2019
Jak widzicie ten tekst pisałam jeszcze w zeszłym roku (były to pierwsze poważne próby ruszenia z tematem bloga). Co ważniejsze od tego czasu dużo zmieniło się też u chłopaków z zespołu Dziewczęta! Na portalach streamingowych pojawiło się więcej ich muzyki: sześć utworów w kompilacji Live at Prusiewicz Studio: „Przestrzeń”, „Ulotni”, „Taksówkarze”, „Intro”, „Nurkuj”, „Sen”. A ich zeszłoroczne i nowe single w wersji studyjnej: „Taksówkarze”, „Nurkuj”, „Vanessa” i „Ludzie Zoo” elegancko śmigają na Spotify a nawet pojawiają się w zestawieniach/playlistach: New Music Friday Polska.

26 kwietnia pojechali na, jak to sami nazwali, tygodniową kolonię w góry, w celu nagrania nowego materiału! Latem planują wypuścić singiel zapowiadający pełnowymiarową płytę! W takim razie nic, tylko czekać na nowe rzeczy od zespołu Dziewczęta!

Zachęcam Was do zapoznania się z twórczością chłopaków (a jest już czego słuchać i co zapętlać!), śledzenia ich social mediów i czekania wraz ze mną na ich pierwszego longplaya!

Skład:
Łukasz Kastelik – wokal, gitara, instrumenty klawiszowe
Jakub Tokarz – perkusja
Kamil Kołodziejczyk – gitara basowa
Ryszard Czernecki - gitara
Marcin Giza - gitara


Frankenstein Children – „Patience” / premiera 12.04.2019

Tytuł płyty jest dość wymowny - szczególnie dla chłopaków z zespołu, którzy doskonale wiedzą ile czasu kosztowało ich nagranie i wydanie tego materiału, ale również dla mnie jako długoletniej fanki zespołu. Mam to szczęście, że znam chłopaków już kilka lat i traktuję ich trochę jak młodszych braci, których nigdy nie miałam. Z niecierpliwością czekałam więc na tę płytę jako słuchacz, ale też dopingowałam jako "dobry duszek" zespołu.


Dla mniej wtajemniczonych na początek garść informacji. Zespół powstał w 2011 roku kiedy Szymon, Wojtek i Daniel byli jeszcze w liceum. Myślę, że nie obrażą się jeśli nazwę ich lokalnymi patriotami, bowiem nazwa zespołu nawiązuje do dawnej nazwy Ząbkowic Śląskich, z których pochodzą, a w każdym medialnym wystąpieniu z dumą mówią o swoich korzeniach. Chociaż ze względu na to, że na stałe mieszkają i pracują we Wrocławiu mogą być klasyfikowani również jako zespół wrocławski.

Już sama okładka, której autorem jest Konrad Karolczyk, potrafi zachwycić. Jeśli można namalować muzykę to myślę, że ten obraz doskonale oddaje nowe dźwięki jakich dostarczają Frankenstein Children. Na krążku znajduje się jedenaście kompozycji, w relacji trzy do ośmiu z przewagą utworów w języku angielskim. Jednak zapewniam, że w obu językach wszystko brzmi świetnie. Dla mnie faworytem jest „Better start”, głównie ze względu na warstwę liryczną, ale też powoli rozwijającą się kompozycję, która pozwala na stopniowe przyswojenie melodii i usłyszenie kolejnych warstw dźwiękowych. Jestem też pozytywnie zaskoczona „Drift in”, „Cool” i „Wheel” , bo pamiętam je doskonale z wcześniejszych koncertowych wykonań. Aktualne aranżacje tych piosenek pokazuję ogromny postęp w twórczości chłopaków. Na uwagę zasługuje też singlowy „Oddech” – za produkcję muzyczną w tym przypadku odpowiada Radek. Utwór ten spokojnie wprowadza nas w klimat odległych krain i „nie odkrytych jeszcze miejsc serca”. Zdecydowanie jest w nim coś magicznego i idealnie sprawdza się w roli wizytówki płyty i zapowiedzi nowego brzmienia zespołu.

Nowa płyta niewątpliwie jest dojrzalsza, nic dziwnego w końcu chłopaki mimo nadal młodego wieku, zdążyli nieco wydorośleć i grają już ze sobą 8 lat! W nowym materiale jest dużo przestrzeni i głębi. Słychać, że utwory są dopracowane, na pewno duże zasługi ma w tej kwestii Marcin Pater odpowiedzialny za miksy i produkcję płyty. Gatunkowo nowe utwory balansują na granicy alternatywnego rocka i elektroniki. Źródła zmian stylistycznych można upatrywać w dołączeniu do składu Radka, który oficjalnie zmienił status zespołu z trio na kwartet latem 2017, kiedy stał się czwartym ogniwem Frankenstein Children.

Płyta jest dość spokojna, mogłabym nawet rzecz, że nieco senna, ale nie dajcie się zwieść! Po pierwsze to jej zaleta, bo chwila wytchnienia i wyciszenia podczas słuchania takiej płyty przyda się przecież każdemu, prawda? A po drugie ten chilloutowy klimat "przyjmie się" zarówno w ciepłe letnie wieczory, jak i w jesienne chłodne popołudnia, kiedy z kubkiem herbaty siedzimy w domu owinięci w ciepły koc. Ponadto jako stała bywalczyni na koncertach chłopaków (w nowym i w starym składzie), zapewniam, że w tych momentach na płycie kiedy myślicie sobie "o, tutaj mogliby mocniej zagrać!", na koncertach na żywo zagrają mocnej!

Debiutancki album z grudnia 2016 "I'm Here Somewhere" był mocniejszy to fakt, ale członkowie zespoły też byli inni. Wtedy było to bardziej brudne, garażowe granie, ale chwała im za to! Tak miało być, a co najważniejsze było to dobre i autentyczne. Patrząc na setlistę tamtej płyty nadal w głowie słyszę refreny i riffy z utworów "Dislove", "Blue Sky" czy "Still&  Free" (i liczę, że nadal będą pojawiać się na koncertach!). Równocześnie bardzo się cieszę, że zespół świadomie zmienił trochę kurs i stylistykę, nie zatracając w tym procesie jakiejś nieuchwytnej cechy, która nadal ich wyróżnia. Charakterystyczny głos Szymona, który pewnie niektórzy nazwą manierą, dla mnie jest dużym plusem i czymś dzięki czemu od razu można rozpoznać, że jest to utwór Frankenstein Children. Ale sam wokal "nie zrobiłby roboty" bez spójnej melodii, jaką kiedyś tworzyła dwójka a teraz trójka pozostałych chłopaków z zespołu. Jest coś przyciągającego i intrygującego w muzyce, którą tworzą, choć nie potrafię tego nazwać. Z perspektywy laika mogę tylko stwierdzić, że w zespole panuje dobra energia, która na koncertach kumuluje się i ze zdwojoną siłą jest przekazywana publice. Kiedyś po ich koncercie stwierdziłam, że przebywanie w ich towarzystwie, słuchanie ich muzyki i uczestniczenie w ich koncertach działa terapeutycznie. Podtrzymuję tę opinię!

Zachęcam, abyście wyruszyli z nimi w tę nową podróż muzyczną i zatopili się w kojące dźwięki zapisane na płycie CD a potem zweryfikowali materiał podczas koncertu na żywo. Zapewniam, że warto!

Tytuł: Patience
Autor: Frankenstein Children
Wydanie: 2019, Agora S.A.

Skład:
Szymon Paczkowski – wokal, gitara basowa
Wojtek Opioła – gitara, wokal
Daniel Moskal – perkusja, wokal
Radek Baranowski – klawisze, wokal, gitara